Walka o władzę w Kongo
Blisko pół tysiąca ludzi zginęło w starciach na ulicach Kinszasy, gdy prezydent Joseph Kabila posłał gwardzistów przeciw swemu byłemu zastępcy – Jean-Pierre Bemba. Ilu zginęło naprawdę, pewnie nigdy się nie dowiemy. Walczono na karabiny maszynowe, granatniki, a nawet moździerze.
Walki wybuchły, gdy dwa tysiące żołnierzy z wiernej Kabili gwardii prezydenckiej wkroczyło do najlepszej w mieście dzielnicy Gombe, w której mieści się także rezydencja Bemby. Kabila posłał wojsko, gdyż Bemba mimo wielokrotnych obietnic nie rozbroił swojej prywatnej armii. Twierdził, że kilkusetosobowa straż przyboczna jest mu potrzebna, bo Kabila chce go zabić. Przysługującą mu z urzędu kilkunastoosobową ochronę uznał za śmieszną. Joseph Kabila natomiast oskarża Bembę o próbę zbrojnego przewrotu i zdradę stanu, oraz domaga się, by go osądzić i ukarać w Kongu.
Wcześniej dzięki obecności wojsk pokojowych ONZ udało się wojnie zapobiec oraz doprowadzić do ugody między zbrodniarzami. Kabila obiecał, że Bembie włos z głowy nie spadnie, ten zaś w styczniu tego roku w wyborach parlamentarnych został senatorem i obiecał, że rozpuści swoje wojsko. Tak się jednak nie stało.
Kongo jest kolejnym przykładem czym jest tak naprawdę władza i jej walka o własne wpływy. Wszystko oczywiście kosztem bezbronnych cywili podatnych na propagandę obydwu politycznych dogmatyków. Pod wpływem transu żołnierze Kabili i partyzanci Bemby obwieszeni fetyszami i talizmanami gwałcili kobiety, rabowali domy i sklepy. Krajem zapanował totalny chaos. Tak do przemyślenia dodam, że w latach 1996-2003 od kul, a także z chorób i głodu zginęło w tym afrykańskim państwie prawie 4 mln osób i nikt nic z tym tak naprawdę nie zrobił. Głos rozpaczy biednych Kongijczyków został pomięty przez tak zwaną opinię międzynarodową i korporacyjne media.





